Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wskazówki wychowawcze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wskazówki wychowawcze. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 czerwca 2024

WPŁYW WYSOKICH TECHNOLOGII NA ROZWÓJ I KOMUNIKACJĘ DZIECKA

Dzisiejszy świat przepełniony jest wysokimi technologiami. Niemal w każdym domu znajduje się smartfon, tablet, telewizor czy laptop. Człowiek nie wyobraża chyba już sobie życia bez tych urządzeń. Wielokrotnie ułatwiają one mu życie, pozwalają na utrzymanie kontaktów społecznych, dają możliwość dostępu do wiedzy, rozrywki a także są atrakcyjną formą spędzania wolnego czasu zarówno dla dorosłych jak i dzieci. Często są to gadżety, którymi łatwo zająć dzieci, bądź je wyciszyć, zdarza się, że są elementem przekupstwa ze strony rodziców. Rodzice oraz dziadkowie z dumą opowiadają o „osiągnięciach” swoich dzieci czy wnuków, które świetnie potrafią posługiwać się telefonem czy komputerem, niejednokrotnie nie zdając sobie sprawy jaki wpływ mogą mieć one na ich rozwój. Ponadto czas pandemii nie jest czasem sprzyjającym rozwojowi naszym dzieciom. Poprzez częste zamknięcie w domach, ograniczenie kontaktów społecznych mają większy dostęp i zdecydowanie częściej korzystają z urządzeń cyfrowych. Z badań przedstawionych przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę wynika, że ponad 40% rocznych i dwuletnich dzieci korzysta z tabletów lub smartfonów, a niemal 30 % z nich używa urządzeń mobilnych codziennie lub prawie codziennie. Inne badania wykazały, że im więcej czasu dziecko spędza z urządzeniem elektronicznym, tym większe jest ryzyko opóźnień w rozwoju mowy.


Mózg człowieka rozwija się przez całe życie, jednak jego najintensywniejszy rozwój przypada na pierwsze trzy lata życia. Jest to najcenniejszy czas dla rozwoju dziecka w każdej sferze, również sferze rozwoju jego mowy. Pozytywna stymulacja przyniesie wtedy największe efekty, ale i negatywna pozostawi swój ślad. Mając świadomość tego powinniśmy dołożyć wszelkich starań by podejmować dobre decyzje i unikać tych szkodliwych. Chodzi tu przecież o dobro naszych dzieci i ich przyszłość.

Najogólniej rzecz ujmując mózg zbudowany jest z dwóch półkul, z których każda ma swoje zadania. Lewa półkula nazywana jest językową, specjalizuje się między innymi w odbiorze i tworzeniu języka, natomiast prawa półkula odpowiada za odbiór i przetwarzanie bodźców obrazowych, niejęzykowych. Współczesne dziecko, które jest otoczone mnogością obrazu, dźwięku pochodzącego z włączonego często przez cały dzień telewizora, grającego radia, grających w tle interaktywnych zabawek czy niejednokrotnie korzystające ze smartfonów oraz tabletów, bombardowane jest bodźcami prawopółkulowymi. Badania neurobiologów wykazują, że wysoka aktywność prawej półkuli zwalnia lub hamuje rozwój lewej półkuli mózgu odpowiedzialnej za uczenie się języka mówionego lub pisanego. Prawa półkula blokuje wtedy lewą i w efekcie tego mowa rozwija się z opóźnieniem. Warto sobie uświadomić, że żaden komputer, telewizor, ani program w nim oglądany nie zastąpi żywego słowa, które ma szansę zaistnieć w naturalnym kontakcie z drugim człowiekiem. Słowo, które dziecko odbiera za pomocą technologii, jest słowem biernym, nie pozwalającym na naturalny dialog. Natomiast żywe słowo, interakcja z drugim człowiekiem pozytywnie stymulują rozwój języka u dziecka.



Warto w tym miejscu przytoczyć badania prowadzone w katedrze Logopedii i Zaburzeń Rozwoju pod kierunkiem prof. J. Cieszyńskiej.

Badania te wykazały, że dzieci w okresie niemowlęcym poddane stymulacji wysokimi technologiami, przejawiają wiele niepokojących zachowań:

  • zwolnienie przebiegu rozwoju intelektualnego
  • opóźnienia lub brak nabywania systemu językowego
  • opóźnienie rozwoju zabawy i kształtowania się umiejętności społecznych
  • obniżona sprawność motoryczna

U niemowląt od 4. do 12. miesiąca życia można dostrzec następujące niepokojące zachowania:

  • brak koncentracji na twarzy dorosłego
  • brak uśmiechu na widok znanej osoby
  • brak gaworzenia
  • brak wsłuchiwania się w głos dorosłego
  • brak gestów społecznych
  • spowolniony rozwój dużej i małej motoryki

Małe dzieci oglądające telewizję od kilkudziesięciu minut do kilku godzin dziennie charakteryzują się:

  • stanem ciągłego rozkojarzenia, rozproszenia uwagi
  • sporadycznymi reakcjami na własne imię
  • opóźnieniem lub całkowitym brakiem rozwoju mowy
  • niechęcią do słuchania czytanych tekstów lub oglądania obrazków statycznych (np. ilustracji w książeczkach)
  • brakiem wspólnego pola uwagi
  • brakiem gestu wskazywania palcem

Z czasem zaburzenia dzieci narażonych na stymulację wysokimi technologiami pogłębiają się.

U dzieci tych zaobserwować można:

  • trudności lub całkowity brak rozumienia poleceń
  • komunikowanie się za pomocą krzyku lub płaczu
  • brak zainteresowania książkami, obrazkami statycznymi
  • brak respektowania reguł społecznych
  • trudności w kontaktach w grupie rówieśniczej
  • niepełne rozumienie języka
  • zaburzenia koncentracji, nerwowość, nadpobudliwość, agresywność, brak kontroli nad negatywnymi emocjami
  • przemęczenie związane z szybko zmieniającymi się i migoczącymi obrazami
  • zaburzenia snu (płacz, krzyk)
  • zaburzenia odżywiania

Na podstawie pogłębionej wiedzy badaczy Amerykańska Akademia Pediatryczna (AAP) opublikowała rekomendacje dotyczące korzystania z mediów przez dzieci:

  • Dla dzieci poniżej 18 miesiąca życia proponuje tzw. politykę zerowej ekspozycji na nowoczesne technologie. Maluchom w tym wieku media są niepotrzebne. Przyświeca tu jedna, prosta zasada: im mniej tym lepiej.
  • Dzieci w wieku od 18 do 24 miesięcy – dopuszczalne jest zapoznanie dzieci z mediami pod ścisłą kontrolą rodziców w wymiarze mniejszym niż godzina dziennie. Rodzic ma być przewodnikiem czuwającym nad treściami, które poznaje dziecko.
  • Między 2 a 5 rokiem życia dopuszczalna dzienna ekspozycja na media to jedna godzina dziennie. Ważne jest tu również dobór odpowiednich treści przez rodzica oraz jego towarzyszenie.
  • Dzieci między 5 a 12 rokiem życia mogą korzystać z wysokich technologii maksymalnie 2 godziny dziennie, kładąc przy tym nacisk na zrównoważony rozwój zapewniający odpowiednią ilość snu oraz czasu aktywności na świeżym powietrzu.



Bardzo ważne jest również niełączenie czasu spędzonego przed ekranem ze spożywaniem posiłków. Analogicznie nie powinno się prowadzić treningu korzystania z toalety w towarzystwie medialnego szumu. Długie przebywanie dzieci ze smartfonem w ręku podczas tych czynności nie sprzyja nabywaniu umiejętności kształtowania czynności samoobsługowych, higienicznych oraz świadomego rozpoznawania sygnałów płynących z ciała. Psycholodzy zwracają również uwagę, by dostęp do mediów nie był wykorzystywany jako kara lub nagroda. Ważne jest też, by media nie stały się jedynym sposobem na uspokojenie malucha. Często jednak zdarza się, że telefon, czy tablet są wykorzystywane do wyciszenia krzykliwego dziecka, z którym nie możemy sobie w danej chwili poradzić, bądź jest to dla nas w tym momencie bardziej wygodne. Innym ważnym zaleceniem jest rezygnacja z korzystania z wysokich technologii przynajmniej godzinę przed snem. Długie zasypianie i wybudzanie ze snu to często skutki wieczornego przywiązania do ekranów. Podobnie negatywny wpływ na sen ma działanie mediów w „tle”. Dodatkowo towarzyszący dziecku szum zmniejsza jego koncentrację oraz interakcję społeczną. Używanie klawiatury, myszki, pada negatywnie wpływa na rozwój sprawności dłoni i palców. Utrudnia też zapamiętywanie kształtu liter oraz prawidłowego kierunku ich kreślenia. Może stać się przeszkodą w rozwoju kreatywnych i analitycznych zdolności dzieci. Musimy mieć również świadomość jak łatwo i szybko komputer może uzależnić. Podczas gry w mózgu wydziela się neuroprzekaźnik (dopamina), dzięki któremu dziecko odczuwa chwilową przyjemność. Z chwilą zakończenia gry pojawia się niezadowolenie, gdyż potrzeba nie została zaspokojona. Dziecko chce więcej, więcej i więcej. Nawet po odejściu od komputera dziecka „gra jeszcze w głowie”. Warto również zapamiętać, że jeszcze dwie godziny (!!!) po wyłączeniu gry komputerowej pola czołowe są nieaktywne, co całkowicie uniemożliwia uczenie się.

Mając świadomość wszystkich zagrożeń i konsekwencji jakie mogą czyhać na nasze dzieci warto stworzyć pewien kanon domowych zasad, które pomogą uporządkować rodzinne nawyki związane z użytkowaniem urządzeń elektronicznych. Należy wziąć pod uwagę kilka ważnych kwestii:

  • Zadbajcie o czas – bez ekranów i innych „rozpraszaczy”. Może to być czas na wspólny spacer, zabawę, czytanie, rysowanie – wszystko, co lubicie robić razem.
  • Kontrolujcie czas przed ekranem – tu odsyłam do przytoczonych wyżej rekomendacji:

Ø  do końca drugiego roku życia unikanie korzystania z wysokich technologii,

Ø  między drugim a piątym rokiem życia ograniczenie użycia ekranów do dwóch godzin dziennie,

Ø  po piątych urodzinach korzystanie z mediów nie dłużej niż dwie godziny dziennie.

  • Zrezygnujcie z ekranów przed snem – zrezygnujcie z mediów na godzinę przed snem. Zachęcam szczególnie do wspólnego czytania, które, w przeciwieństwie do elektroniki, ma udowodniony pozytywny wpływ na rozwój mowy maluchów i kształtowanie relacji z rodzicem.
  • Zrezygnujcie z ekranów podczas spożywania posiłków – dobrze, gdy podczas posiłków mamy przestrzeń na skupienie uwagi na tym, co zjadamy i ile zjadamy. Posiłki są często jednym z nielicznych momentów z ciągu dnia, gdy rodzina jest razem. Wykorzystajmy je na kształtowanie pozytywnych postaw i zdrowych nawyków żywieniowych.
  • Ustalcie miejsce dla „małej elektroniki” – warto wyznaczyć w domu miejsce, do którego podczas posiłków czy zabaw odkładamy technologiczne „rozpraszacze”. Często nie zdajemy sobie sprawy, ile razy w ciągu dnia zerkamy na telefon.
  • Ustalcie katalog aktywności bez telefonu – krótkie podróże, spacery, spotkania ze znajomymi, nauka, pobyt w szkole to sytuacje, w których warto zrezygnować z elektroniki.
  • Rozmawiajcie – o bezpieczeństwie w sieci, o zagrożeniach, korzyściach, prywatności i udostępnianiu treści. Rozmowy to także klucz do towarzyszenia dzieciom w korzystaniu z mediów, szczególnie w najmłodszej grupie odbiorców.
  • Sprawdzajcie – jakie bajki oglądają wasze dzieci, w jakie grają gry, by świadomie dokonywać tych wyborów razem z waszymi dziećmi.

W literaturze przedmiotu pojawiło się pojęcie „teleogłupianie”, którego twórcą jest neurobiolog Michel Desmurget. Jego zdaniem zjawisko to jest konsekwencją nadmiernego oglądania telewizji czy innych ekranów. Być może dzięki niemu i wielu innym badaczom przestaniemy „karmić” nasze dzieci bezużyteczną rozrywką wynikającą z używania wysokich technologii oraz zdamy sobie sprawę z ich wpływu na komunikację i ogólny rozwój dziecka. Nadmierny dostęp do treści nowych technologii wpływa negatywnie zarówno na rozwój mowy, zachowanie dziecka jak i jego kontakty społeczne. Nie chodzi tu o wyrzucenie telewizora, komputera, czy tabletu, ale o zdrową kontrolę dziecka i jego kontaktów z wysokimi technologiami, o świadomość możliwych konsekwencji. Na pewno nie jest to łatwe zadanie, ale musimy się z nim zmierzyć jako osoby odpowiedzialne za wychowanie naszych dzieci. Powinniśmy świadomie i rozważnie dbać o ich rozwój oraz stwarzać jak najlepsze warunki rozwoju w ich naturalnym środowisku. Ten trud się opłaci!

 

Opracowała: Agnieszka Andryszkowska – neurologopeda

 

Literatura:

K. Sindrewicz „Dzieciństwo w cyfrowym świecie. O wpływie wysokich technologii na rozwój i komunikację dziecka”.

J. Cieszyńska – Rożek „Wpływ wysokich technologii na rozwój poznawczy dzieci w wieku niemowlęcym i poniemowlęcym”.

M. Desmurget „Teleogłupianie. O zgubnych skutkach oglądania telewizji (nie tylko przez dzieci)”.

M. Rybka „Urządzenia cyfrowe a rozwój mowy dziecka”.

A. Cyran „Wpływ wysokich technologii na rozwój mowy dziecka”.

 


niedziela, 19 maja 2024

Czego nie mówić nastolatkowi

Nie jest łatwo być rodzicem nastolatka.  Czas burzy i naporu, przez który przechodzi młody człowiek w okresie dojrzewania, nie pozostaje bez wpływu na relacje rodzinne. Nic dziwnego, że większość rodziców chciałaby w tym szczególnie wrażliwym momencie ochronić swoje pociechy przed wszelkim złem tego świata. A jak tego dokonać najprościej?

Mówiąc, mówiąc, mówiąc. Jak wygląda to w praktyce? Zasypujemy nastolatka „kazaniami”, jak to czasami określają młodzi ludzie, i pożytecznymi w naszym mniemaniu historiami z życia, „z których przecież syn czy córka powinni wyciągnąć wnioski”. Problem w tym, że dorastający młody człowiek rzadko tak skwapliwie wyciąga te wnioski. Zamiast tego częściej słyszymy jego narzekanie:  „Mama i tata ciągle mi to mówią. Zrób to, nie rób tego. Czasami mam tego już naprawdę dość!”.  Cóż, powiedzmy sobie szczerze. Każdy miałby tego dość. Na szczęście nie znaczy to, że mamy do naszego dziecka przestać się odzywać! Wystarczy, że powstrzymamy się od tekstów, które niosą więcej więcej szkody niż pożytku.


Czego nie mówić nastolatkom


Daj spokój, inni mają gorzej. Wyobraźmy sobie, że syn czy córka przychodzi do nas zwierzyć się z problemu, który jest dla niego w tym momencie najważniejszy. A my, zamiast wysłuchać i ewentualnie zapytać, jak możemy mu pomóc – lekceważymy ten problem, spychając go na margines.

Jak to odbierze nasze dziecko? Otóż zrozumie, że niepotrzebnie się nad sobą rozczula, że nie tylko ma problem, z którym odważyło się przyjść do rodzica, ale do tego jeszcze jest słabeuszem, który robi z igły widły.

Taki właśnie przekaz mu dajemy, choć przecież mamy dobre intencje, chcemy zachęcić nasze dziecko, by spojrzało na to, z czym się mierzy, z dystansu, z właściwej perspektywy; by poszukało rozwiązania poza sobą i własnym kosmosem. Ale takimi  słowami nie uda nam się zrealizować tego celu.


A co dostała Iksińska? Czy to na pewno takie ważne? W jaki sposób akurat ona miałaby stanowić punkt odniesienia? Przecież to Twoje dziecko się uczyło (lub nie uczyło, bo i tak przecież bywa). I to Twoje dziecko ponosi konsekwencje swoich wyborów w postaci satysfakcjonującej lub niesatysfakcjonującej oceny. To ono ma szansę wyciągnąć z tej sytuacji wnioski. Co więcej, Twoje dziecko siada do sprawdzianu z określonymi predyspozycjami, talentami, w określonym nastroju i kondycji psychofizycznej. A Iksińska pisała sprawdzian, będąc zupełnie inną osobą, w innej sytuacji rodzinnej, z innymi uzdolnieniami i zainteresowaniami. Ani ona, ani nikt inny nie może w żaden sposób stanowić punktu odniesienia dla Twojego dziecka.

Nie porównujmy naszych dzieci z nikim – ani z rodzeństwem, ani z kolegami. Nawet bliźniaki jednojajowe nie mają jednakowych uzdolnień, nie mówiąc już o obcych sobie dzieciach. Każdy człowiek jest inny.

Możesz jedynie zaproponować swojemu dziecku, by przyjrzało się własnym postępom w określonym czasie. Czy  radzi sobie z danym przedmiotem lepiej niż kilka miesięcy temu, czy raczej idzie mu gorzej? Co może zrobić, żeby poprawić swoją sytuację, i czy potrzebuje tego właśnie teraz?

Ma przy tym równać tylko do siebie, do nikogo innego, oraz do celów, które samo przed sobą postawiło. Wtedy ma to sens.


Nie maż się, nie jesteś małym dzieckiem. Każdy człowiek, niezależnie od wieku, ma prawo reagować płaczem na sytuację, która jest dla niego trudna. Nie ma żadnej skali, cezury, która określa, od którego momentu można płakać.

Łzy są reakcją fizjologiczną. Nie ma nic złego w płakaniu w miejscu publicznym, nawet jeśli ma się więcej niż pięć lat! Ostatnio na szkoleniu usłyszałam bardzo mądre zdanie: „Łzy fizjologicznie muszą spłynąć”. To bardzo właściwe stwierdzenie. Łzy nie powinny zostać wtarte w policzek. Muszą spłynąć, dając tym samym ulgę i oczyszczenie, bo po to są.

Nie zabraniajmy naszym dzieciom płaczu. Uczmy je, że  otoczenie może reagować na łzy różnie – bo na przykład świadek łez sam nie został nauczony, jak sobie radzić z czyimś bólem. Jest to jednak problem wyłącznie otoczenia. Dziecko ma prawo płakać, jeśli czuje, że w tym momencie jego ciało tego potrzebuje.


Nie zajmuj się byle czym, tylko książki powinny być Ci teraz w głowie. Dzieci realizując swoje pasje i rozwijając zainteresowania poza szkołą także zdobywają wiedzę. Duża część edukacji, chcemy tego czy nie, odbywa się w sferze nieformalnej. Być może to, co określamy często  mianem „głupot”, jest zarysem przyszłego start-upu? Nie pozbawiaj swojego dziecka młodości w imię kształtowania w nim Twojej wizji jego przyszłości. Nikt nie wie, co przyniesie czas, Ważna jest teraźniejszość. Daj swojej pociesze szansę ją przeżywać.


Bo tak. Bo ja tak mówię. Bo dopóki z nami mieszkasz, to masz nas słuchać.

Czy chciałbyś(-abyś), żeby szef się w ten sposób z Tobą komunikował? Nie. Wszyscy lubimy, gdy polecenia są uzasadnione i sensowne. Dlaczego Twoje dziecko miałoby lubić co innego?

Dobrze wiem, że często jest to po prostu skrót myślowy. Po całym aktywnym dniu nie mamy siły po raz kolejny długo tłumaczyć dziecku, dlaczego podejmujemy taką, a nie inną decyzję. Spróbujmy jednak postawić się w jego położeniu.

Zdarza mi prowadzić z synem taki „dialog”:

– Po prostu bez dyskusji wyłącz komputer.

– Dlaczego?

– Bo ja tak mówię.

W ten sposób komunikuję mu,  że mam prawo mu rozkazywać, bo jestem starsza i w naszej relacji w pewien sposób silniejsza. A przecież mogłabym powiedzieć: „Wyłącz komputer, bo ustaliliśmy, że grasz maksymalnie do dwudziestej pierwszej”; „Wyłącz komputer, bo siedziałeś przy nim już trzy godziny, a ostatnio, gdy tyle siedziałeś, rozbolały cię plecy”; „Wyłącz komputer, bo obiecałeś nakarmić o szesnastej kota”.

Gdybym się postarała, naprawdę mogłabym podać wiele argumentów stojących za taką a nie inną decyzją. Traktujmy nasze dzieci tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani i jak traktujemy dorosłych. Przecież sąsiadce nie powiesz:  „Nie pożyczę ci formy do tarty, bo nie”. Dlaczego nasze dzieci mielibyśmy traktować gorzej niż znajomych?


Czy możesz wreszcie zrobić coś dobrze? Kto chciałby coś podobnego usłyszeć? Słowo „wreszcie” oznacza, że Twoje dziecko – Twoje ukochane dziecko – zawsze robi wszystko źle! Niezależnie jak bardzo by się nie starało, i tak wyjdzie nie tak jak trzeba. To po co ma się starać?

Tym tokiem podąży jego myśl: nigdy nie będziesz z niego zadowolony(-a), bo żyjesz obrazem idealnej osoby, którą ono najwyraźniej nie jest.

Nie podkopuj i tak już zaniżonego w wieku dojrzewania poczucia własnej wartości  dziecka, mówciąc: „Nigdy o niczym nie pamiętasz”, podczas gdy tylko raz zdarzyło mu się zapomnieć o jednym telefonie. Zamiast tego możesz powiedzieć: „Nie podobało mi się, że nie zadzwoniłaś do babci na urodziny. Było jej przykro. Następnym razem zapisuj sobie takie ważne daty w kalendarzu. Jak myślisz, da się to zrobić?”. 

W ten sposób nie wysyłasz do niego komunikatu, że nie warto się starać, bo i tak nigdy nic nie wychodzi, lecz pokazujesz, jak może się poprawić. A o to przecież chodzi w modelowaniu zachowań.


Być może niektóre osoby to zdziwi, ale dla dziecka wymarzonym komunikatem nie są również etykiety:

– Jesteś najpiękniejsza.

– Zawsze wszystko Ci się udaje.

– Jestem z ciebie taka dumna, jesteś najlepsza!


Dziecko może pomyśleć:

–  A jeśli raz się nie uda?

–  A jeśli nie będę najlepsza?

– A jeśli zbrzydnę?

Z racji zawodu często spotykam dzieci, które są dla swoich rodziców „najmądrzejsze” i „najpiękniejsze”. Wszystko to słyszą w duchu pozytywnego wzmacniania i budowania na zasobach. I wszystko pięknie, tylko że ten domek z kart sypie się przy najlżejszym podmuchu.


  • Nie uczmy naszych dzieci, że nasza miłość jest od czegokolwiek zależna. 
  • Chwalmy, ale za konkretne działanie.
  • Nie etykietujmy. 
Mówmy do nich tak, jak chcemy, by mówiono do nas. Z szacunkiem i poszanowaniem ich podmiotowości. W końcu dzieci nie są naszymi małymi kopiami. To indywidualne osoby, ze swoimi wadami i zaletami. Tak jak my.


Tekst: Lilka Poncyliusz-Guranowska 

https://portal.librus.pl/rodzina/artykuly/czego-nie-mowic-nastolatkowi


poniedziałek, 8 stycznia 2024

poniedziałek, 11 grudnia 2023

Słowa, które wzmacniają



Kochany Rodzicu!

Jeśli powiesz dziecku, że przyjdzie wróżka po ząbek, który wypadł, ono Ci uwierzy.

Jeśli powiesz mu, że w grudniu przyjdzie Święty Mikołaj, ono Ci uwierzy.

Jeśli powiesz mu, że na końcu tęczy jest skarb, ono Ci uwierzy.

Jeśli powiesz mu, że jest głupie i do niczego się
nie nadaje, ono Ci uwierzy.

Więc powiedz mu i powtarzaj codziennie,
że jest inteligentne, kochane, odważne i zdolne, że sobie poradzi,

a także Ci uwierzy.



czwartek, 20 października 2022

Dzieci i nastolatki mają problemy, o których dorośli nie mają pojęcia – rozmowa z Lucyną Kicińską

Jakie problemy mogą mieć dzieci? Przecież mają wszystko, czego potrzebują – własny pokój, komputer, smartfon, fajne obozy w wakacje, modne ubrania, zajęcia z programowania, rysunku i aikido… Tak wiele im dajemy, tak wiele robimy, by miały wszystko. One mają się tylko uczyć. Jesteśmy przekonani, że niczego im do szczęścia nie brakuje. A jednak zamiast coraz bardziej beztroskiego dzieciństwa mamy rosnący odsetek samobójstw i depresji wśród dzieci i młodzieży. Dlaczego? O tym rozmawiam z Lucyną Kicińską – wieloletnią (2008-2019) koordynatorką Programu Pomocy Telefonicznej Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. 

Nawet jeśli Twoje dziecko jest szczęśliwe, przeczytaj tę rozmowę.


Z jakimi problemami borykają się współczesne dzieci i nastolatki?

Dzieci mogą mieć problemy dotyczące wszystkiego, podobnie jak dorośli. Dziesięć lat działania i  Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111 jest na to najlepszym dowodem. Przez te 10 lat odebraliśmy ponad 1.200.000 telefonów i wiadomości od dzieci i jeśli wymienimy dowolny problem, to ktoś z zespołu Telefonu Zaufania na pewno o nim słyszał. Nieśmiałość, doświadczenie przemocy rówieśniczej, rozwód rodziców, presja dotycząca nauki, nieakceptowanie własnego wyglądu, problemy w relacjach z rówieśnikami, z chłopakiem, z dziewczyną, pytania zwiazane z seksualnością i dojrzewaniem, niechciane kontakty seksualne, presja partnera/partnerki, lub ogólnie rowieśnicza, inicjacja seksualna, zakochanie, rozstania, samotność, brak uwagi ze strony rodziców, używki, uzależnienia… No i stres. W historii ludzkości nie było jeszcze chyba takiego okresu, kiedy człowiek musiał radzić sobie z takim naporem ciągłego stresu. Dzieci nie chorują teraz tak często na depresję, bo są genetycznie słabsze, czy mniej odporne, tylko dlatego, że ilość skumulowanego, codziennego, często podskórnego stresu na jednostkę ludzką osiąga masę krytyczną. Tym bardziej w przypadku nie do końca dojrzałego organizmu, nie do końca dojrzałej psychiki.


Jak się to ma do utrwalonego w naszej kulturze obrazu dzieciństwa, jako beztroskiego czasu, kiedy człowiek ma się tylko uczyć i niczym innym nie musi się martwić?


To „tylko uczyć” już jest ogromnym obciążeniem. Dziecko może nawet być ambitne i samo chce się uczyć, ale jeśli zarywa nocki, żeby być najlepsze, to znaczy, że żyje w ogromnym stresie. Może być tak, że dziecko bardzo dobrze się uczy i nagle coś się zmienia – przychodzi nowy nauczyciel, albo dziecko idzie do nowej szkoły, zmieniają się oczekiwania, wymagania i nagle oceny spadają. I to jest źródło stresu. Ale nie tylko presja dotycząca nauki, ocen i wyników jest źródłem stresu. W ogóle środowisko szkolne, takie jak mamy w tej chwili, jest bardzo opresyjne – 6 na 10 dzieci doświadcza przemocy rówieśniczej. 


Ponad połowa dzieci doświadcza przemocy, ale to nie znaczy, że w szkołach co chwilę zdarzają się bójki. Przemoc rówieśnicza to szerszy problem – czym jest i na czym polega?


Dzwoni do nas dziewczynka i opowiada, że pokłóciła się z koleżankami i teraz jest jej przykro, chciałaby je przeprosić i się z nimi pogodzić, ale nie wie jak. W trakcie rozmowy okazuje się, że ta kłótnia polegała na tym, że ona odmówiła koleżankom odpisania zadania domowego, a one ją za to zwyzywały od szmat i dziwek i zagroziły, że opublikują w internecie jej sekrety. To jest obraz codziennej przemocy. Często podczas szkoleń dla nauczycieli zaczynamy od ustalenia, co to właściwie jest ta przemoc rowieśnicza. Ja posługuję się taką definicją, że przemoc rówieśnicza ma miejsce wtedy, kiedy dziecko w wyniku działań swojego rówieśnika doświadcza przykrości lub krzywdy. To nie jest opowieść o tym, co zamierza sprawca, jakie ma intencje, tylko o tym, co czuje dziecko, które jest adresatem przemocowego zachowania. 


Dlaczego przemoc rówieśnicza stała się tak powszechnym zjawiskiem? 


Bo my dorośli często – świadomie lub nie – dajemy przyzwolenie na przemoc.


W jaki sposób? Przecież żaden rodzic czy nauczyciel nie chce, by dzieci doświadczały przemocy.


Kiedy dziecko doświadcza przemocy rówieśniczej i mówi o tym swojemu rodzicowi, albo nauczycielowi, czy pedagogowi szkolnemu, często słyszy „Spróbuj ich ignorować to im się znudzi”. Przemoc się nie nudzi, a jej ignorowanie, czyli niereagowanie, prowadzi do jej eskalacji. Doskonale to wiemy w przypadku dorosłych. Jeśli wyobrazimy sobie, że przychodzi do nas przyjaciółka i mówi „Słuchaj, mam problem, bo szef w pracy mnie wyzywa”, albo „mąż mnie bije”, to nie przyszłoby nam do głowy poradzić jej, by to zignorowała. A w szkole na wiele przypadków przemocy nauczyciele i rodzice nie reagują odpowiednio. Jeśli 60% dzieci doświadcza przemocy, to 100% jest w tę przemoc uwikłanych, bo nawet jeśli nie biorą bezpośredniego udziału, to są świadkami, a fakt, że ze strony dorosłych nie ma odpowiedniej reakcji sprawia, że dzieci są „odczulane” na przemoc i uznają ją za coś normalnego.


To dorośli pokazują dzieciom, jak reagować na różne sytuacje, jak się w nich znaleźć. Na tym między innymi polega wychowanie. Ma na nie wpływ zarówno to, co robimy, jak i to, czego nie robimy.


Kiedy słyszę, że ta młodzież teraz taka niewychowana, to myślę – tak, tak właśnie jest. Jest niewychowana. Tylko dla mnie to nie jest komunikat o dzieciach. Dzieci się same nie wychowują, lecz są wychowywane przez osoby dorosłe. I jeśli są niewychowane, to dlatego, że nie dostały od dorosłych systemu wartości, instrukcji i przykładów właściwych i akceptowanych społecznie zachowań. Nie chodzi o to, że my intencjonalnie nie uczymy dzieci, jak się zachowywać w różnych sytuacjach. To się dzieje przez brak codziennego spędzania czasu z dzieckiem. Nie oczekujemy, że dziecko będzie samo z siebie umiało całkować, ani nawet mnożyć pod kreską. Rozumiemy, że trzeba wykonać pewną pracę, by je tego nauczyć i że potrzebny jest w tym nasz udział. Natomiast jeśli chodzi o rozwój emocjonalny, inteligencję emocjonalną, rozpoznawanie własnych emocjii, rozumienie emocji innych, empatię – tu spodziewamy się, że dziecko jakoś samo z siebie to wszystko będzie wiedziało i umiało. A to my wszystkiego musimy dziecko nauczyć, bo ono rodzi się bez żadnych umiejętności społecznych. Potem rośnie i stopniowo różne umiejętności rozwija, ale w tym ogromną rolę odgrywają rodzice. To my trzymamy dziecko za rękę, kiedy uczy się chodzić, my pokazujemy, jak jeść łyżeczką, my trenujemy kwestie nocnika zamiast pieluch i tak dalej. I radzenia sobie z emocjami, wyrażania ich, mierzenia się z problemami, rozmawiania o nich, sięgania po pomoc – tego wszystkiego też my musimy nauczyć dzieci.


Czy to nie oczywiste, że w każdej chwili i ze wszystkim dziecko może do nas przyjść?


To wcale nie jest oczywiste dla dziecka. Rozmawiania o problemach, o trudnych sprawach dzieci uczą się od rodziców. Żeby dziecko przyszło z problemem, trzeba je do tego zachęcać i mówić mu, że jesteśmy dla niego, że może z każdą sprawą przyjść, że zawsze je wysłuchamy, że może na nas liczyć. To nie jest oczywiste, to wymaga deklaracji. Nie jednej, lecz wielu, powtarzanych w różnych sytuacjach.


Dzieci nie przychodzą do nas z problemami również dlatego, że się o nas troszczą, nie chcą, żebyśmy się martwili, nie chcą przysparzać nam kłopotów. Ale nawet jeśli dziecko nie powie o problemie, to w jego zachowaniu będzie widać, że coś się dzieje. I uważny rodzic, który zwraca uwagę na swoje dziecko, który je obserwuje, który je dobrze zna, dostrzeże te sygnały, zauważy zmianę zachowania. Każdy problem, każde obciążenie psychiczne wywołuje zmianę w zachowaniu. Nawet jeśli dziecko chce problem ukryć, stanie się bardziej nerwowe, bardziej skryte, rozproszone, zacznie unikać rozmów z nami, będzie się wycofywało do swojego pokoju, rezygnuje z różnych aktywności. Takie rzeczy widać. 


Czasami czujemy lub zauważamy, że coś się dzieje, ale myślimy „przesadzam”, albo „wydaje mi się”. Nie chcemy też być nadopiekuńczymi rodzicami.


Jeśli jesteśmy w kontakcie z naszym dzieckiem, dobrze je znamy i zauważamy zmianę w zachowaniu, to po prostu trzeba porozmawiać. Idziemy do dziecka i mówimy „zauważyłam coś, co mnie niepokoi”, „powiedz mi co się dzieje”, „porozmawiaj ze mną”, „widzę, że jesteś smutny”, „ostatnio wydajesz się rozdrażniony”, „czy coś się wydarzyło w szkole”, „czy coś się wydarzyło między nami”, „możesz mi o wszystkim powiedzieć”, „chcę, żeby się poczuł lepiej”, „co mogę zrobić, żeby było ci łatwiej porozmawiać”. 


Najwyżej okaże się, że tym razem nam się wydawało i nastolatek przewróci oczami. A tak czy siak dowiemy się czegoś o naszym dziecku.


Rozmawiając o tym, co zauważamy uczymy też dzieci, że o kłopotach się rozmawia, a nie je ukrywa. To od nas zależy, co w rodzinie robi się z problemami – czy zamiata je pod dywan, czy wspólnie rozwiązuje, czy każdy musi sobie radzić sam.


Kiedy rodzice widzą, że coś się dzieje z ich dzieckiem, mogą odwlekać rozmowę, bo też mają swoje lęki. Boimy się odrzucenia, boimy się, że nie będziemy umieli rozmawiać, boimy się, że możemy się dowiedzieć czegoś, co nas przerazi, co będzie dla nas trudne. 


Unikanie wiedzy o problemie nie sprawi, że problem zniknie. Jeżeli czujemy, podejrzewamy, że jest jakiś problem, to trzeba go jak najszybciej wyciągnąć na powierzchnię. Inaczej będzie narastał. A im wcześniej wyciągniemy problemy na wierzch, tym mniejsze ryzyko, że dziecko będzie miało np. depresję. Natomiast im dłużej dziecko jest samo z problemami, tym ryzyko jest większe. Długotrwałe napięcie związane z przeżywaniem jakiegoś problemu ma wpływ na samoocenę, poczucie własnej wartości, powoduje bezsilność, myśli rezygnacyjne, bezradność.


I co się wtedy dzieje?


Na przykład samookaleczenia. To może być sposób dziecka na rozładowanie napięcia, jeśli nie nauczyło się wcześniej od dorosłych, bo to nie muszą być koniecznie rodzice, skutecznych sposobów radzenia sobie z problemami.


Skąd u dziecka pomysł samookaleczenia, skoro rodzice tego nie robią?


Kiedy dziecko nie wie, jak sobie poradzić z problemami i nie może lub nie chce z jakiegoś powodu zwrócić się do rodziców, zwróci się do kolegów albo do internetu. 16% dzieci w wieku 11-17 lat deklaruje, że się samookalecza, więc taką podpowiedź dziecko bardzo łatwo znajdzie. Rówieśnicy powiedzą mu, że cięcie się pomaga. 


Samookaleczenia są bardzo dobrze widocznym sygnałem, że dziecko ma jakiś problem. Ale słyszałam opinie, że to teraz taki sposób na zwrócenie na siebie uwagi.


I to jest bardzo dobra diagnoza. Tylko czy my wtedy tę uwagę dziecku dajemy? Jeśli dziecko sięga po samookaleczenia to komunikuje nam, że sobie z czymś nie radzi i że nie zna innego sposobu na poradzenie sobie. Tak, dziecko w ten sposób zwraca naszą uwagę na to, że nie może sobie poradzić z własnymi emocjami, przeżyciami. Zwraca naszą uwagę na to, że jeszcze nie nauczyliśmy go radzenia sobie w trudnych sytuacjach wystarczająco dobrze. I tę uwagę powinno od nas dostać. 


Dzieci nie o wszystkim mówią wprost, choć często są przekonane, że powiedziały. Dziecko nie powie rodzicowi, że ma myśli samobójcze. Powie być może, że się ostatnio gorzej czuje, że nic go nie cieszy, że jest mu smutno. I to jest moment, kiedy powinniśmy podrążyć temat – „dobrze że mi o tym mówisz”, „od jak dawna tak się czujesz?”, „wyglądasz na zmęczoną”… I może być tak, że dziecko w tym momencie się wycofa, że nie będzie chciało rozmawiać głębiej. Ale dla nas to już powinien być sygnał, że coś się dzieje i możemy do tej rozmowy wracać, zapewniać dziecko, że w każdej chwili może do nas przyjść, że chcemy z nim rozmawiać, że dla nas jest ważne, co się z nim dzieje. Jeśli my nie pociągniemy tematu, jeśli my nie zareagujemy na tę pierwszą próbę nawiązania kontaktu wokół problemu, to bardzo prawdopodobne, że drugi raz dziecko do nas nie przyjdzie.


A jeśli rodzice boją się, albo nie wiedzą, jak w takich sytuacjach rozmawiać?


Nie oczekujmy od siebie, byśmy byli idealni. Dzieci też nie oczekują od nas, żebyśmy byli idealni. Chcą, żebyśmy byli prawdziwi. Żebyśmy pokazywali, że są problemy, że sobie z nimi radzimy, że próbujemy, że mogą na nas liczyć, że ich nie zostawimy. A jeśli sami nie potrafimy sobie poradzić z problemem, to są specjaliści, do których można zwrócić się po pomoc.


W wielu przypadkach pomoc specjalisty jest niezbędna. Zaburzenia depresyjne diagnozuje się u 25-30% dzieci. Wiele dzieci nie jest diagnozowanych, więc ten odsetek tak naprawdę jest wyższy. A z depresją u dziecka rodzice sami sobie nie poradzą. Tylko że tu pojawia się inny problem. Kiedy dzwoni do nas na Telefon 800 100 100 rodzic i z rozmowy wynika, że dziecko jest prawdopodobnie w głębokiej depresji, ma myśli samobójcze albo zachowania autoagresywne i potrzebuje natychmiastowej pomocy psychiatrycznej, częstą reakcją rodzica jest „ale czy na pewno ten psychiatra jest konieczny?”. Uruchamia się taki ciąg myśli: to moja wina, jestem złym rodzicem, co inni powiedzą, co pomyślą o naszej rodzinie, nie mogę znieść tego, że moje dziecko tak bardzo cierpi, że aż nie chce żyć, boję się, że ktoś mnie o to obwini, inni powiedzą, że źle wychowałam moje dziecko… I odwlekamy pójście do specjalisty, próbujemy poradzić sobie sami. A przecież kiedy nasze trzyletnie dziecko się poparzy, na przykład ściągnie na siebie kubek z gorącą herbatą, czy któremukolwiek rodzicowi przyjdzie do głowy nie zawieźć go na pogotowie? Czy obawa przed opinią ludzi, że nie dopilnowaliśmy, że tę szklankę czy kubek postawiliśmy w nieodpowiednim miejscu, powstrzymuje nas przed zwróceniem się o pomoc do lekarza, który jest specjalistą i udzieli poparzonemu dziecku pomocy medycznej? Jak dziecko złamie sobie rękę podczas zabawy, to nikomu nie przychodzi do głowy, żeby nastawiać tę rękę samemu. A kiedy dziecko choruje na depresję, to często zamiast pójść do specjalisty, próbujemy innych sposobów. Na przykład mówimy „weź się w garść”, „zajmij się czymś”. Obawiamy się, że leki na depresję trzeba będzie brać przez całe lata. A jest wiele chorób, w których leki bierze się do końca życia, na przykład cukrzyca. Nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby do osoby chorej na cukrzycę powiedzieć „lepiej nie idź do lekarza, nie diagnozuj się, bo jeszcze się okaże, że będziesz brać leki do końca życia”. 


A może jest tak, że objawy chorób somatycznych są dla nas bardziej oczywiste, a kiedy mamy do czynienia z problemem emocjonalnym, to nie wiemy, czy to taki chwilowy nastrój, który minie, czy faktycznie jest jakiś problem.


My w ogóle często nie wierzymy, że dziecko może coś bardzo przeżywać. Trudno nam dopuścić do siebie myśl, że nasze dziecko, takie piękne, mające wszystko, świetnie się uczące, mające naszym zdaniem wymarzone życie, może w tym wszystkim być nieszczęśliwe, może być w depresji. A piękna, mądra, ambitna i wykształcona córka też może być chora. Depresja nie musi wynikać z powodów, które dla rodzica są obiektywne, mierzalne i oczywiste.


Kiedy więź między rodzicem i dzieckiem nie jest dobrze zawiązana, to rodzic może mieć w głowie obraz idealnego życia swojego dziecka, bo przecież się stara, pracuje na dobre życie, zapewnia dobrą szkołę, zajęcia pozalekcyjne, zabawki i gadżety, robi dla swojego dziecka tak wiele. A dziecko przez miesiące a nawet lata może ukrywać obniżony nastrój. I rodzic tego nie zauważy, widzi tylko to, do czego jest przekonany. Zły stan dziecka narasta i dochodzi w końcu do momentu, kiedy dziecko nie chce już żyć. Wtedy wychodzi na jaw, co się dzieje, ale dla rodzica to jest absolutne zaskoczenie, coś niespodziewanego, nowego. I kiedy dziecko nagle mówi, że nie chce żyć, to rodzic reaguje zaprzeczeniem – „no co ty mówisz, jak to nie chcesz żyć”. Bo ten rodzic nie ma prawdziwego obrazu ostatnich miesięcy czy lat, jest tak zagoniony i zajęty, że nie ma czasu na prawdziwy kontakt z dzieckiem, ani na budowanie z nim więzi.


W jaki sposób ta więź między rodzicem a dzieckiem się buduje? 


Dziecko od urodzenia robi mnóstwo rzeczy, żeby być z nami w kontakcie. Płacz, wyciąganie rączek, śmiech, „mamo zobacz”, chodzenie za rączkę, wołanie, „tato, chodź”, „mamo patrz”. To jest jak wyciąganie w naszą stronę sznurków, które my powinniśmy wszystkie łapać i związywać z naszymi. A jeśli my nie łapiemy tych sznurków, które dziecko w naszą stronę kieruje, to one opadają i więź się nie tworzy. Jeśli zamiast popatrzeć na dziecko, kiedy nas woła, damy mu tablet i zajmiemy się swoimi sprawami, to dziecko przestanie na nas patrzeć. Jeśli rodzice od rana do wieczora pracują, to nie mają już czasu na pobycie z dziećmi. Od takiego rodzica usłyszymy „robię to dla moich dzieci”. Tylko trzeba się zastanowić, na ile to, co robimy jest naprawdę dobre dla dziecka, a na ile to jest nasza koncepcja dobra i zestawić ją z rzeczywistymi potrzebami dziecka.


A dzieci potrzebują przede wszystkim obecnych rodziców?


Człowiek jest gatunkiem wspólnotowym. My przecież nie przeżyjemy bez opieki kilkudziesięciu godzin od urodzenia. Na początku chodzi o opiekę taką czysto biologiczną, ale też emocjonalną, potem zaś chodzi głównie o opiekę, troskę i kontakt emocjonalny. Jeśli rodzic nie spędza z dzieckiem czasu i nie poświęca mu uwagi, to je zaniedbuje emocjonalnie, sprawia, że poczucie bezpieczeństwa dziecka i poczucie własnej wartości spadają. Dziecko myśli „Nie jestem na tyle wartościowy, żeby rodzice chcieli ze mną spędzać czas, wszystko jest ode mnie ważniejsze”. Dla każdego człowieka w każdym wieku istotne jest to, by czuł się dla kogoś wartościowym. Jeśli w dzieciństwie nie zbuduje się bazowego poczucia, że jest się dla kogoś ważnym, to wzrasta prawdopodobieństwo problemów takich jak depresja, choroba afektywna dwubiegunowa, próby samobójcze. Zaniedbanie emocjonalne i uruchamiany przez nie mechanizm negatywnego myślenia o sobie i świecie to najsilniej oddziałujący czynnik podnoszący ryzyko prób samobójczych. Nie wykorzystanie seksualne, nie przemoc fizyczna, nawet nie przemoc psychiczna, tylko właśnie zaniedbanie emocjonalne.


Chcemy dla naszych dzieci jak najlepiej, robimy wszystko, co w naszej mocy, a okazuje się, że popełniamy błąd, że nie tego dzieci potrzebują, że coś ważnego zaniedbaliśmy. Kiedy się zorientujemy, jak jest naprawdę, to możemy jeszcze tę więź odbudować?


Nigdy nie jest za późno, żeby szukać tych sznurków i tworzyć więź. Nawet kiedy dziecko krzyczy, że nas nienawidzi, to krzyczy po to, by nas obudzić, żebyśmy tę więź z nim tworzyli. „Nienawidzę cię” jest ważnym komunikatem, od którego możemy zacząć odbudowanie więzi. Chociaż zwykle pierwszy odruch rodzica to złość, przerażenie i również krzyk. A tu się trzeba zatrzymać i powiedzieć na przykład „widzę, że ci czegoś brakuje, że coś zaniedbałem, coś przeoczyłem, chcę to naprawić”. 


Od czego zacząć naprawianie tej więzi?


Na przykład od przyznania się do własnej niedoskonałości. Powiedzenia, że chcieliśmy dobrze, ale obawiamy się, że nie wszystko wyszło tak, jak chcieliśmy. Od mówienia dziecku, że jest dla nas ważne, że chcemy być z nim w kontakcie. Od pytania, czy jest coś, o czym dziecko chciałoby z nami porozmawiać, czy czegoś od nas potrzebuje. Od zapewnienia, że jesteśmy dla niego, że może do nas przyjść ze wszystkim i zawsze. Wykorzystując różne sytuacje życia codziennego można z dzieckiem rozmawiać coraz głębiej, coraz szerzej. Dzieci mają ogromną potrzebę rozmawiania. Odbieramy ponad 300 połączeń każdego dnia, a potrzeby są znacznie większe. Najlepiej, żeby tę potrzebę rozmowy dzieci mogły zaspokajać z rodzicami i ja głęboko wierzę w to, że rodzice chcą dla dzieci jak najlepiej. Do tego potrzeba tylko czasu i uwagi. 


Rozmawiała Elżbieta Manthey – założycielka Juniorowa, blogerka, dziennikarka, mama Marysi i Tymona. Propaguje wychowanie i edukację oparte na szacunku dla dzieci. Pasjonatka dobrej edukacji – tropi nowinki i nowoczesne pomysły edukacyjne, angażuje się w różnorodne działania na rzecz lepszej edukacji. Miłośniczka książek, również tych dla dzieci i młodzieży. Najlepiej odpoczywa odwiedzając ciekawe miejsca i doświadczając świata wspólnie z mężem i dziećmi.

Tekst ze strony: https://www.juniorowo.pl/dzieci-i-nastolatki-maja-problemy-o-ktorych-dorosli-nie-maja-pojecia-rozmowa-z-lucyna-kicinska-koordynatorka-programu-pomocy-telefonicznej-fundacji-dajemy-dzieciom-sile/




Dowiedz się więcej i wesprzyj Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111 prowadzony przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę: https://wspierajtelefon.pl/


sobota, 10 września 2022

Mamo, przytul mnie!

 O tym jak ważne jest przytulanie.

Zapewne wiesz o dobroczynnym wpływie przytulania na nasz organizm. Z ochotą przytulają się do nas najmłodsze pociechy, jednak z wiekiem ich chęć do spontanicznych przytulasów spada. Nie spada jednak potrzeba na nie. O tym, jak ważne jest przytulanie nie tylko dla dzieci, ale również dla dorosłych w poniższym artykule.


Kortyzol kontra oksytocyna

Kortyzol i oksytocyna to hormony, które odgrywają bardzo ważną rolę w organizmie, a konkretnie dla naszego samopoczucia i zdrowia, w tym zdrowia psychicznego.

Kortyzol pełni wiele ważnych funkcji w organizmie, np. wpływa na gospodarkę wodno-elektrolitową i białkową, a także na stężenie glukozy we krwi. Wysoki poziom kortyzolu, czyli hormonu stresu powoduje m.in.

• poczucie lęku

• niepokój

• stan zagrożenia

• nadwrażliwość emocjonalną

• nadciśnienie tętnicze

• podwyższone tętno

• zaburzoną odporność organizmu

• podwyższenie stężenia glukozy we krwi

• problemy ze snem, koncentracją i zapamiętywaniem

Oksytocyna z kolei towarzyszy przyjemnym uczuciom. Stanowi przeciwwagę dla kortyzolu i znacząco pomaga w eliminowaniu jego negatywnych skutków. To hormon antystresowy, inaczej zwany hormonem szczęścia lub miłości. Wpływa m.in. na:

• uczucie spokoju

• uśmierzanie bólu

• zmniejszenie poczucia lęku

• obniżenie ciśnienia krwi

Co może pomóc zwiększyć jej ilość? Istnieje wiele aktywności, które w sposób naturalny mogą namnażać oksytocynę, należą do nich np.

• ulubione zajęcia sportowe

• medytacja, joga

• udział w towarzyskich spotkaniach

• bliskość z drugim człowiekiem, utrzymywanie bliskich relacji oraz nawiązywanie nowych

• kontakt i opieka nad zwierzęciem

To dlatego ważne jest, aby zawsze mieć czas na bliskie i serdeczne spotkania oraz rozmowy z domownikami.

Przytulanie jak powietrze – konieczne do życia!

Już wiesz, co dzieje się w naszym organizmie podczas przytulania i utrzymywania bliskich relacji. Uwalnia się hormon szczęścia – oksytocyna. Podczas długiego uścisku spada wydzielanie hormonu stresu, czyli kortyzolu. Badania wskazują również, że dzięki przytulaniu wzmacniamy układ odpornościowy, obniża się nasze tętno i ciśnienie w sytuacjach stresowych – zapewne pamiętasz te momenty, gdy Twoje dziecko biegło w 

Twoje objęcia, kiedy rozbiło kolano czy zdarzyło się coś trudnego. Pamiętasz, jak szybko wracało do równowagi, będąc z Tobą w uścisku?

Co ponadto? Podczas uścisku przekazujemy dziecku pozawerbalnie informacje, że jest dla nas ważne, że może czuć się bezpieczne i kochane. Zgodnie z piramidą potrzeb Maslowa, by nasze dziecko prawidłowo się rozwijało, muszą być spełnione przede wszystkim potrzeby niższego rzędu, tj. fizjologiczne, bezpieczeństwa oraz więzi i miłości. Jak zatem przytulanie może wpłynąć na naukę i motywację do rozwoju? Jeśli dziecko nie ma zaspokojonych niższych potrzeb, nie będzie zaspokajało tych na szczycie piramidy, czyli potrzeb samorealizacji czy wiedzy i rozumienia.

Najważniejsze powody, dla których przytulanie powinno stać się Waszą rodzinną rutyną? Przytulanie:

• wzmacnia relacje i więź między domownikami

• daje poczucie bezpieczeństwa i bliskości

• wzmacnia system odpornościowy

• zmniejsza stres

• obniża ciśnienie krwi

• wpływa na nas rozluźniająco

• niweluje napięcia nagromadzone w ciele

• wzmacnia poczucie własnej wartości i pewności siebie

• powoduje wzrost naszego dobrostanu

• pomaga w bezsenności i wyciszeniu się przed snem

• sprawia, że czujemy się zrelaksowani i spokojniejsi

• przywraca stan równowagi w organizmie

• pomaga leczyć ból

• poprzez zwiększenie poziomu tlenu we krwi chroni przed wysokim ciśnieniem i w konsekwencji zawałem serca

Nastolatki w uścisku

O ile dla młodszych dzieci bliskość z rodzicami jest naturalna, o tyle z wiekiem momentów na spontaniczne uściski jest coraz mniej. Jak temu zaradzić?

• Zaaranżuj rodzinne wspólne aktywności, np. wieczór z grami, wspólne oglądanie filmów – te działania sprzyjają bliskości między domownikami.

• Stwarzaj momenty spokojnej i ciepłej atmosfery, niweluj konflikty, wzmacniaj poczucie bezpieczeństwa.

• Drobne gesty, jak uścisk na powitanie czy pożegnanie, uścisk dłoni, położenie dłoni na ramieniu, pogłaskanie po głowie czy policzku działają podobnie, jak dłuższe przytulanie.

• Nie zapominaj o domowych pupilach, oksytocyna wzrasta również w trakcie kontaktu z czworonogami. Badania wykazały, że pozytywne interakcje między psem i właścicielem powodują istotny wzrost hormonu szczęścia.

Na zakończenie

Znana dziecięca amerykańska psychoterapeutka Virginia Satir, zajmująca się terapią rodzin, pracownik socjalny, autorka wielu publikacji z zakresu psychoterapii, która zawodowo zajmowała się komunikacją międzyludzką i poczuciem własnej wartości twierdziła, że: „By przeżyć, potrzeba nam czterech uścisków dziennie. By zachować zdrowie – ośmiu. By się rozwijać, potrzebujemy dwunastu uścisków każdego dnia”. 

Pamiętaj o bliskości ze swoimi dziećmi, spontanicznie wykorzystuj te momenty, kiedy przytulanie jest naturalne lub gdy widzisz, że Twoje dziecko tego potrzebuje. Z dobroczynności uścisku skorzysta nie tylko Twoje dziecko, ale również Ty!


tekst: Teresa Tymrakiewicz Librus

piątek, 7 stycznia 2022

PRESJA SUKCESU

Nadmierna kontrola i oczekiwania

    Synek mojej znajomej codziennie po szkole jeździ (tzn. jest wożony) na dodatkowe zajęcia: karate, dodatkowy angielski z native speaker’em, piłka nożna, szermierka, kurs tańca. W otoczeniu wiele dzieci żyje tak intensywnie. Rano szkoła, jeśli prywatna, niepubliczna to do godziny 15.00 – 16.00, potem zajęcia pozalekcyjne, na które wożą rodzice ustalając grafik między sobą, czy nawet z innymi rodzicami, jeśli na zajęcia chodzą także koledzy. Jeśli rodzice są wystarczająco zamożni zatrudniają specjalną panią, która zajmuje się całą „logistyką” ich dzieci, bo już przy dwójce - robi się z tego nie lada problem. Czasami pomagają dziadkowie, jeśli już nie pracują.


Po powrocie do domu na dziecko czeka odrabianie lekcji, nauka, kolacja i od rana znowu ten sam rytm. A dziecko ma np. dopiero 10 lat. Obciążenia zaś podobne do małego prezesa.

    
Rodzą się pytania: czy nasza córka, syn dzięki temu będzie szczęśliwa i najważniejsze: po co tak naprawdę to wszystko robimy? Jak pisał Erich Fromm „niewielu rodziców ma odwagę i odpowiednią dozę niezależności, by bardziej dbać o szczęście swoich dzieci, niż o ich sukces”.


    Doniesienia z badań psychologicznych prowadzonych w ciągu ostatnich dziesięcioleci mówią, że dzieci obciążone zbyt wieloma zajęciami żyją w ciągłym pośpiechu i stresie. Ankieta przeprowadzona w 2002 roku wśród 11- i 12-latków z bogatych dzielnic podmiejskich pokazała, że niepokojąco duży jest wśród nich odsetek pijących alkohol (ze wskazaniem na chłopców) i cierpiących na depresję (ze wskazaniem na dziewczęta). Wyższy jest u nich poziom wewnętrznego niepokoju niż u rówieśników z biedniejszych dzielnic.



    Czytałam też kiedyś o absolwentach najlepszych światowych uniwersytetów, którzy wychowani właśnie w podobnym trybie jak pisałam na wstępie, wożeni na specjalne zajęcia wybrane przez rodziców z udziałem wyselekcjonowanych innych dzieci z dobrych domów, mimo wysokiego poziomu intelektualnego nie mogli poradzić sobie potem w pracy. Nie umieli się odnaleźć, byli niezaradni, relacje interpersonalne sprawiały im kłopot. Świat wyglądał inaczej niż ten „sztuczny” stworzony przez rodziców i w tym prawdziwym świecie nie mieli doświadczeń.

    Nadmierne i często nierealne oczekiwania mogą wysuwać zwłaszcza ci rodzice, którzy sami odnoszą istotne sukcesy, np. na polu finansowym. Zdarza się jednak, że także ubożsi rodzice walczący o uznanie społeczne gotowi są zrobić wszystko, aby dać swoim dzieciom możliwości, których sami nigdy nie mieli. I mimo, że są to doniesienia amerykańskie, wydaje się, że i w Polsce powoli problem zaczyna się pojawiać.


    Osobiście myślę, że to nie tylko nasze wewnętrzne motywacje grają tu rolę, ale także środowisko, w jakim żyjemy. Sama pamiętam, że gdy mój najstarszy syn był jeszcze mały, chodził wtedy do przedszkola i słyszałam od znajomych, że ich dzieci w podobnym wieku chodzą już na treningi piłkarskie, zajęcia z kreatywnego myślenia, czy dodatkowy język obcy – zaczynałam odczuwać niepokój. Czyli zadziałał chyba u mnie tzw. „dowód społecznej słuszności” i to on nie pozwalał mi spokojnie spać. Otóż „dowód społecznej słuszności” mówi, że jeśli człowiek nie wie, jaka decyzja lub jaki pogląd jest właściwy (a to może zależeć od różnych czynników), podejmuje decyzje lub przyjmuje poglądy takie same, jak większość grupy. Czyli uważa, że jakieś zachowanie jest poprawne wtedy, gdy widzi innych ludzi, którzy tak właśnie się zachowują. Przenosząc to na grunt zajęć pozalekcyjnych: skoro wszyscy znajomi posyłają swoje dzieci na takie zajęcia, to znaczy, że jest to dobre i też powinnam to robić. Skoro tego nie robię, rodzi to dysonans i stąd mój niepokój. Oczywiście nie dzieje się to w sposób świadomy.

Tekst za: https://www.psychologiaprzykawie.pl/blog/presja-sukcesu

    Jak pisze Joaana Radziwił - Prezeska Fundacji Opiekuńcze Skrzydła - we współczesnym świecie nasze dzieci mają trudne d
zieciństwo i okres dorastania. Wykańcza je presja. Są zmęczone i niewyspane, przepracowane w szkole i na dodatkowych obowiązkowych zajęciach. I tęsknią za rodzicami.
Współczesne dzieci są zapracowane jak ich rodzice, nawet ponad czterdzieści godzin tygodniowo. To więcej niż pełen etat.

    Dzieci najczęściej są samotne. Samotne, bo dorośli nie mają czasu. Samotne, bo dorośli również są zmęczeni i niewyspani, przepracowani. Zaganiani rodzice zapisują dzieci na kolejne kółko czy drugi język obcy, bo dzięki temu dziecko będzie „zaopiekowane”. Problem z głowy. A rodzic bierze nadgodziny, żeby za zajęcia zapłacić. I ma coraz mniej czasu. Błędne koło.

    Dzieci często są przekonane, że rodzice nie poświęcają im uwagi, bo one na tę uwagę nie zasługują, bo nie są dosyć dobre. Za mało uczą się, za mało wiedzą, za mało są „doskonałe”.

    Bardzo często dzieci mają bardzo niskie poczucie własnej wartości.

    Dzieci mają… ogromną tęsknotę za rodzicami. Tęsknotę za rodzicami, z którymi potrzebują spędzać czas, przytulać się, rozmawiać, bawić się, czytać książki, grać w piłkę, jeździć na rowerze. Jeść cukierki.

Codziennie.


    Każde dziecko małe i duże jest wyjątkowe. Każde lubi być szanowane, lubi czuć się bezpiecznie i mieć możliwość dokonywania wyboru. Lubi się bawić. Lubi być chwalone i nagradzane. Lubi poznawać nowe rzeczy, doświadczać, być z rodziną i z przyjaciółmi. Lubi, gdy wzajemnie okazuje się miłość i szacunek. Lubi mieć ustalony rytm dnia, a także wolny czas. Lubi jeść cukierki. Codziennie.

    Nie zapominajmy, że dzieci potrzebują dzieciństwa, zabawy z rówieśnikami, biegania po dworze, swobodnej zabawy. To są najczęściej zgłaszane potrzeby naszych uczniów - móc się pobawić z kolegami..












środa, 15 grudnia 2021

Najczęstsze błędy wychowawcze wg. POZYTYWNEJ DYSCYPLINY

 

12 najczęstszych błędów popełnianych przez rodziców

Jane Nelsen zebrała w jednym miejscu dziesięć najczęstszych błędów popełnianych przez rodziców. Ja ze swojej strony na sam koniec dorzucam jeszcze dwa, których mi tu definitywnie zabrakło.

Jane pisze:

Wiele z wymienionych przeze mnie poniżej błędów popełnianych jest oczywiście w imię miłości. Często myślimy, że to, co robimy pomaga naszym dzieciom, lecz, gdybyśmy przyjrzeli się temu z perspektywy czasu, okazałoby się, że czasem zniechęcenie naszych dzieci spowodowane jest dokładnie naszym zachowaniem. Inne błędy wynikają po prostu z braku pomysłów na to, czym można zastąpić nieskuteczne zachowania. Na szczęście jedna z podstawowych – fundamentalnych rzec by można – zasad Pozytywnej Dyscypliny brzmi „Błędy są cudowną okazją do nauki”. Jeśli więc zdarzyło ci się popełniać którykolwiek z poniższych błędów, nie bądź dla siebie zbyt surowa lub surowy. Dzieci szybko wybaczają – dużo szybciej niż dorośli – poza tym wyciągając wnioski z własnych błędów, stajesz się dla dziecka przykładem.

  1. Skupianie się na natychmiastowych, a nie długofalowych rezultatach. Kara, krzyk, wzbudzanie poczucia winy mogą przynieść szybki rezultat, ale nie przynoszą żadnych korzyści długoterminowych. Lepiej koncentrować się na rozwiązaniach niż karze jakiegokolwiek rodzaju.
  2. Uciekanie się do kazań i nakładania konsekwencji zamiast do pytań pełnych ciekawości, które mogą pomóc dzieciom zrozumieć i wyobrazić sobie konsekwencje ich zachowań. Dzieci odkrywają konsekwencje swoich działań, wtedy kiedy mogą na spokojnie (czasem z pomocą rodzica) odpowiedzieć sobie na takie pytania jak: co się stało?, co spowodowało, że to się stało?, jak się z tym czujesz?, co dzięki temu zrozumiałeś i jakie masz pomysły na rozwiązanie problemu lub zapobieżenie powstaniu tego samego problemu w przyszłości.
  3. Zapominanie o tym, co dziecko czuje, myśli i decyduje. Na poziomie nieświadomym dzieci nieustannie podejmują decyzje i tworzą sieci przekonań. One kształtują ich osobowość i wpływają na zachowanie. Dziecko, które doświadcza kary, wstydu, upokorzenia, może zdecydować: „Zraniłeś mnie, a więc zemszczę się na tobie”, „Jak mi wstyd. Odpuszczę sobie”, „Do niczego się nie nadaję, po co w ogóle miałbym się starać?”, „Upokorzyłeś mnie, a teraz ja wykorzystam swoją władzę, by cię pokonać”. Niektóre, w poszukiwaniu zewnętrznej aprobaty mogą uzależnić się od akceptacji innych: „Jestem zła, ale udowodnię ci, że jestem dobra, byś mnie pokochał”. Najlepszą rzeczą, jaką możesz zrobić dla swojego dziecka, jest pomóc mu odkryć, że jest zdolne i że sobie poradzi i uwierzyć, że tak właśnie jest.
  4. Myślenie w stylu „Muszę teraz koniecznie coś zrobić! Jeśli nie zareaguję, będę nieodpowiedzialnym rodzicem, który różne rzeczy puszcza płazem”. Rozwiązywanie problemów w momencie złości, to najgorsze możliwe rozwiązanie. Wszyscy zachowują się wtedy irracjonalnie, nikt nie myśli logicznie i nikt nikogo nie słucha. Najpierw trzeba ochłonąć (i to zwykle rodzice potrzebują tego najbardziej), a dopiero potem, kiedy już wszyscy odzyskają dostęp do myślącej części mózgu i będą gotowi na współpracę, można poszukać rozwiązania biorącego pod uwagę potrzeby wszystkich zainteresowanych. Samo wpisanie problemu do planu spotkania rodzinnego już jest świetnym czasem na uspokojenie!
  5. Bycie zbyt uprzejmym lub zbyt stanowczym, zamiast uprzejmym i stanowczym w tym samym czasie. „Kocham cię i odpowiedź brzmi nie”.
  6. Ratowanie lub nadmierna ochrona. One pozbawiają dzieci okazji do ćwiczenia „mięśnia rozczarowania” i odkrywania, że są w stanie poradzić sobie i w dobrych i gorszych momentach życia.
  7. Robienie tego, o co często oskarżamy dzieci – niesłuchanie! Naucz się dostrzegać i opisywać uczucia dziecka zamiast natychmiast wygłaszać kazanie na temat jej lub jego zachowania. Możesz się zdziwić, kiedy okaże się, że ten pierwszy sposób jest znacznie bardziej skuteczny w zachęcaniu dziecka do zmiany zachowania.
  8. Brak wiary w to, że w atmosferze bezwarunkowej miłości i wsparcia każde dziecko ma zdolność do uczenia się i pozytywnej zmiany w tym również do przyswajania sobie wartościowych umiejętności społecznych i życiowych. Dzieci nie rozkwitają w warunkach nadmiernej kontroli lub pobłażliwości. Rozkwitają, kiedy rodzice włączają je w proces koncentrowania się na rozwiązaniach.
  9. Hołdowanie przekonaniu, że dzieci muszą „zapłacić” za swoje błędy, i zapominanie o tym, że dzieci mogą „uczyć” się na własnych błędach. Stwórzcie swoją rodzinną tradycję dzielenia się błędem popełnionym w ciągu dnia przy obiedzie – każdy mówi, jaki błąd popełnił i czego się dzięki niemu nauczył.
  10. Brak wiary w siebie. Rodzicu ucz się wszystkiego, co może ci pomóc w twojej rodzicielskiej podróży, a potem przefiltruj to przez swoje serce i wewnętrzną mądrość i na tym buduj relację z dzieckiem z miłością i wewnętrzną pewnością.

Jak już wspominałam na początku, ja dodałbym jeszcze dwa błędy – pewnie znalazłoby się ich jeszcze więcej:

  1. Zapominanie o tym, że wszystkie emocje są okej i że dzieci, tak samo jak dorośli w sposób naturalny przezywać będą je wszystkie. Ważne żeby uczyć, że nie każde zachowanie jest okej, np. bicie lub gryzienie w złości i jak dziecko w inny sposób (bardziej akceptowalny dla otoczenia) może je wyrażać.
  2. Traktowanie każdego zachowania dziecka na serio i zbyt osobiście. Nie każde „nieodpowiednie” zachowanie dziecka skierowane jest przeciwko rodzicowi, po prostu czasem zdarza się tak, że rodzic jest najbliżej i stoi na linii strzału. Czyż nie zdarza się wam odreagowywać różnych rzeczy na partnerze, tylko dlatego, że właśnie jest pod ręką? Reagowanie na takie zachowanie jest prostą drogą do wejścia w zaklęte koło walki i zemsty, czasem po prostu warto sobie odpuścić i przeczekać – po krótkim czasie okazuje się, że w danej sytuacji było to najlepsze możliwe wyjście z sytuacji.

Pamiętaj! W przyrodzie nie istnieje taki gatunek, jak rodzic idealny (parentulus idealus – jakoś tak brzmiałoby pewnie po łacinie). Pomyśl, zmieniłoby się twoje życie, gdybyś wierzyła i wierzył w to, że jesteś najlepszym możliwym rodzicem dla swojego dziecka? Czyż życie nie byłoby wtedy po prostu łatwiejsze? Nie musiałabyś nieustannie starać się doścignąć ideału, a tę zaoszczędzoną energię mogłabyś wykorzystać na czerpanie radości z tego, co jest. Tego i Wam i sobie życzę.

Na podstawie artykułu Jane Nelsen
Tłumaczenie: Anna Czechowska
https://www.positivediscipline.com/articles/10-biggest-mistakes-parents-make

Za: Joanna Baranowska

https://pozytywnadyscyplina.pl/12-najczestszych-bledow-popelnianych-przez-rodzicow/


Co dalej?